czwartek, 13 listopada 2014

Rozdział 7

1 komentarz = 1 uśmiech, 1 rozdział łatwiej napisany ☺☺☺

 
♥  ♥  ♥  ♥  ♥


"Nie umiem jak poeta mówić pięknie o miłości, 
ani pisać ślicznych słów, 
lecz potrafię sercem moim szeptać "kocham", 
dać Ci dużo ciepłych nut."

*Naty*

Jestem w stu procentach gotowa na randkę z Maxim. Tak się cieszę na tych kilka chwil tylko we dwoje. Już nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę. Czuję, że wszystko będzie dobrze. Tak jak zawsze. Tego właśnie potrzebuję. Codzienności, normalności. Nie żadnych wyszukanych, drogich prezentów. Nie czerwonych dywanów i błysku fleszy. Tylko żebym mogła pomyśleć, że moje życie jest piękne. Wrócić pewnego dnia do domu i powiedzieć: Tu jest moje miejsce. Czuć, że tu jestem potrzebna. Tylko tyle. Usłyszałam dzwonek do drzwi i zdałam sobie sprawę, że od kilku minut bezmyślnie wpatruje się w lustro. Szybko wstałam i wyszłam z pokoju. Przebiegłam krótki korytarz i rzuciłam się na szyję mojemu chłopakowi. Może tylko taki mi się wydawało, ale odniosłam wrażenie, że ugiął się lekko pod moim ciężarem. To nic. Nieważne. 
- Idziemy?- powiedziałam wesoło, zanim Maxi zdążył się odezwać. Chłopak uśmiechnął się i złapał mnie za rękę. Wyszliśmy razem z mieszkania. Skierowaliśmy się w stronę parku. Spacerowaliśmy po parku i rozmawialiśmy o różnych głupotach. Czułam się tak lekko, jakbym miała zaraz unieście się nad ziemię. Miałam dziś wyjątkowo dobry humor i czułam, że nic nie może mi go zepsuć. Nic. Ten dzień jest tylko dla mnie i Maxiego. Nie ma w nim miejsca na smutki. Nie ma miejsca na problemy, smutne myśli. Nimi zajmę się jutro. Jutro wróci rzeczywistość, ale dzisiaj jestem w innym wymiarze. Takim w którym wszystko jest różowe. Nie ma czarnych kolorów. Zawsze świeci słońce. Zawsze trwa lato. Wszyscy są przyjaciółmi. Nikt nie ma takiej mocy, żeby zniszczyć to co zbudowałam. Mam wrażenie jakby od wszystkiego co złe dzielił mnie mur. Niewidzialna bariera, która nie pozwala ciemności przeniknąć do tych chwil. Na to będzie czas jutro, za kilka godzin. Wszytko jedno kiedy. Byle nie teraz. 
- Cieszę się, że znów się śmiejesz. - dobiegł mnie głos Maxiego. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem.
- Mnie podoba się to jeszcze bardziej. - odpowiedziałam wybuchając śmiechem. Po czym, sama nie wiem dlaczego, zaczęłam biec. Odwróciłam się przez ramię i zobaczyłam oniemiałą minę chłopaka. Znów się zaśmiałam. Usłyszałam za sobą szybkie kroki. Wiedziałam, że brunet za mną biegnie. Ta niczym nie uzasadniona gonitwa wydała mi się wspaniała. Biegliśmy przed siebie, a ja czułam, że mogłabym tak do końca świata. Zawsze przed siebie. Nie cofać się nigdy, ani nie zatrzymać. Nieustannie i zdecydowanie stawiać każdy krok. Nie zastanawiać się nad niczym. Nie martwic co powiedzą inni. Z ufnością spoglądać w przyszłość. Do przodu, do przodu! Maxi dogonił mnie i złapał za rękę. Jeszcze przez kilka chwil biegliśmy razem. Potem zatrzymałam się zmęczona, ale szczęśliwa. Kolejne uśmiechy, skrzyżowanie zakochanych spojrzeń i promienie słońca. To uczucie, kiedy nic nam już nie potrzeba do szczęścia. 
- Dziś tylko ty i ja i te promienie słońca! - zanuciłam na wesoła melodię słowa, które przed chwilą przyszły mi do głowy. Maxi roześmiał się, a ja do niego dołączyłam. Kiedy ostatnio czuliśmy się tak lekko i świeżo? Tak radośnie i spokojnie? Nie wiem, nie pamiętam. Może na samym początku? W pierwszych dniach, tego zakochania? Kiedy uczucie raz po raz wybucha jakby fontanna przepięknych kwiatów? A może wtedy kiedy byliśmy tyko we dwoje, dokładnie trzy miesiące po naszej pierwszej randce? Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj. Pamiętam to słońce, które przebijając się przez zasłonę liści, okrywało nas delikatnym, zielonym światłem. Pamiętam tego małego ptaszka, który siedział na gałęzi i śpiewał, jakby

tylko dla nas. Pamiętam dotyk chropowatej kory na plecach i miękkość koca. Pamiętam jego biały kolor odcinający się wyraźnie na tle zieleni.  Pamiętam rosnące w pobliżu niezapominajki. 
- Jakie są moje ulubione kwiatki? - zapytałam chłopaka
- Twoje? Niezapominajki. - odpowiedział bez wahania.  Uśmiechnęłam się do niego. To wspaniałe, że zapamiętał tę drobną informację, przechował ja w pamięci przez tyle czasu. Wróciło to niesamowite poczucie szczęścia i lekkości, które towarzysz mi dzisiaj przez cały dzień. 

* Ludmiła*

- To o czym chciałeś rozmawiać?
- Co? -zapytał głupio León. Jego mina wskazywała, że nie ma pojęcia o czym mówię.
- No, prawie dwa tygodnie temu. Dzwoniłeś do mnie po południu i koniecznie chciałeś porozmawiać.
- Co?- chłopak nadal nie rozumiał
- Eh, musisz pamiętać. Bardzo chciałeś porozmawiać, a potem nie przyszedłeś. 
- Aaa, no tak. Całkiem o tym zapomniałem. Odkąd przyjechała Fran - powiedział z głosem nabrzmiałym radością i miłością- zupełnie nie miałem do tego głowy. Tylko dlaczego pytasz o to dopiero teraz?
-  Cóż, sam wiesz, że nie było czasu. Od powrotu twojej dziewczyny, nie miałeś dla nas czasu, a wcześniej... sam wiesz, jak to było z naszymi spotkaniami.
- Wiem. - powiedział cicho. Po chwili jednak uśmiech wrócił na jego twarz w takim wydaniu, że natychmiast poczułam, że ja też mam coś na sumieniu. - Ciebie tez nie łatwo było złapać. Powiedz co tam u Federico? - poczułam, że się rumienię. Właściwie dlaczego? Spotkałam się z nim kilka razy. Byliśmy na basenie, w parku, na torze motocrossowym. To normalne, prawda? To nic nie znaczy. Miałaś przestać się oszukiwać -odezwał się cichy głosik w mojej głowie. No tak. Przecież miałam przyznać, że podoba mi się Federico. No dobra, może trochę więcej, niż podoba. 
- U Federico..? - przeciągnęłam, spuszczając wzrok- Nie wiem... Czemu miałabym wiedzieć? Przecież, to nie jest tak, że spędzamy razem każdą chwilę, no nie? - wybuchnęłam nienaturalnym śmiechem.- Przecież każdy ma prawo się czasem spotkać, ale to jeszcze nic nie oznacza. No bo to nie jest tak, że on mi się podoba, czy coś...
- Ahaaa... Trochę za dużo tych tłumaczeń, żeby mogło to być naturalne, nie uważasz? - powiedział León z szelmowskim uśmiechem.
- Koniec tego! To nie o mnie mieliśmy rozmawiać! - byłam już trochę rozdrażniona. - No więc..?
- Tak, bo chciałem ci powiedzieć o takiej dziewczynie, którą spotkałem, no i... i wydawało mi się, że... że się w niej zakochałem, ale to już nieważne! Fran wróciła, więc to już nieważne! Tylko z tą dziewczyną, to jakaś dziwna historia.
- Niby jaka?
- Ona jest... no... chyba najlepsze jest określenie " intrygująca tajemnica". Jest trochę nerwowa. Brakuje jej wewnętrznego spokoju i ładu, dlatego łatwo wyprowadzić ją z równowagi. Kryje jakąś tajemnicę, dotyczącą swojej przeszłości. Mam wrażenie, że tak się zaplątała w kłamstwa na jej temat i próby zatuszowania ich, że teraz sama nie wie w co ma wierzyć. Została wrzucona w dorosłe życie brutalnie i bez żadnego przygotowania. Jest w tym świecie zagubiona i kompletnie bezradna. Tajemnica. To właśnie ona.  Kiedy pierwszy raz spojrzałem w jej oczy zobaczyłem tam... no właśnie nie wiem co. Najbliższe byłyby chyba strach, rozpacz, nadzieja, delikatności, ból, siła, depresja, dojrzałość, dziecinność, brak wiary.- prychnęłam cicho. No proszę, León znalazł sobie nową zagadkę. Spotkał jakąś dziewczynę i próbuje bawić się w psychologa. Poza tym co to niby za uczucia? " Nadzieja i brak wiary", "dojrzałość i dziecinność", "delikatność i siła". Przecież to niemożliwe. Nikt nie jest aż tak pogmatwany i skomplikowany. 
- Wiem, wiem, że to dziwne, wręcz niemożliwe! 
- No więc o co tyle szumu?
- Niby nie możliwe, ale dzieje się, bo widzisz w życiu już tak jakoś jest. 
- A to co znowu za mądrości życiowe?
- Po prostu posłuchaj.
- Ok.
-  Ona nie ma rodziców. Zginęli chyba w jakimś wypadku, ale nie mam pewności. Długo była w sierocińcu. Potem została adoptowana i znów zdarzył się jakiś wypadek. Nie do końca  to wszystko rozumiem. Ona jest bardzo biedna, pracuje u mnie jako pokojówka.- znowu prychnęłam- No co?- zapytał chłopak, teraz już zdenerwowany, tym, że znów mu przerwałam.
 - Nie rozumiem o co ci chodzi. Robisz wielką aferę o jakąś sprzątaczkę? Przecież to jasne jak słońce, że nigdy się nie dogadacie. To dwa zupełnie inne światy, dwie rzeczywistości, tak sprzeczne, że trudno to sobie wyobrazić. León, nie mówię tego, żeby zrobić ci na złość, czy coś takiego. Mówię to dla twojego dobra. Nie tylko dla ciebie zresztą. Pomyśl o tej dziewczynie. Nie karz jej przez to przechodzić. Załóżmy, że się zaprzyjaźnicie i co dalej? Powiedzmy, że zapoznasz ja z nami i przyłączy się do naszej paczki. Wtedy np. Maxi zaprosi ją na urodziny. Pomyśl, jak ona będzie się czuła? Widzą go w otoczeniu przyjaciół i z rodzicami? Widząc to czego sama nigdy nie miała? Myślisz, że będzie jej przyjemnie oglądać np. mój dom? Podczas, gdy ona sam jest taka biedna i zapewne mieszka w jakiejś klitce? León zapomnij o niej. Mówię poważnie. Skup się na swoim związku z Fran. Relacje z nią są o wiele bardziej naturalne, proste i o wiele lepsze.  


*Naty*

- Patrz! Wata cukrowa! -zawołałam i podbiegłam do sprzedawcy.- Och, uwielbiam watę cukrową. - zwróciłam się do chłopaka, który stanął obok mnie.
- Poprosimy jedną dużą watę. - powiedział stanowczo. Już po chwili oboje zajadaliśmy pyszną watę cukrową. Nagle rozległ się dźwięk dzwonka. Z mojego telefonu popłynęła melodia "Veo Veo". Zmarszczyłam brwi ciekawa, kto to może być. Zerknęłam na wyświetlacz telefonu i zamarłam. Na wyświetlaczy było zdjęcie Leny. To ona dzwoniła. Zobaczyłam, że Maxi rzucił mi krótkie, zaniepokojone spojrzenie. Nie.- pomyślałam. Może stracę szansę na rozmowę z nią. Trudno. Jeśli będzie chciała, zadzwoni jeszcze raz. Następnie odrzuciłam połączeni. Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony.
- Dziś tylko ty i ja i te promienie słońca. - powtórzyłam stanowczo słowa, które gościły w mojej głowie od momentu wejścia do parku. 
- Przecież tak ci na tym zależało.
- Zależało mi wczoraj i zależeć będzie mi jutro. Dzisiaj zależy mi tylko na naszych wspólnych chwilach.- powiedziałam zdecydowanie. Maxi uśmiechnął się.  Mijaliśmy właśnie fontannę, kiedy coś przykuło uwagę Maxiego. 
- Zaraz wrócę. Poczekaj tu na mnie. - rzucił, zanim odbiegł. Przewróciłam oczami, uśmiechając się pod nosem.Usiadłam na murku otaczającym fontannę. Leniwie przyglądałam się przechodniom i pozwalałam swoim myślom błądzić swobodnie. Nagle ktoś zakrył mi oczy.  
- Zgadnij kto to. - usłyszałam doskonale znany mi głos. Uśmiechnęłam się szeroko. To nie mógł być nikt inny. Tylko Maxi.      
- Hmm... No nie wiem. Fede? 
- Nie zgadłaś! - zawołał ze śmiechem mój wspaniały chłopak. - To dla mojej najlepszej, najbardziej uśmiechniętej dziewczyny na świecie. - powiedział wręczając mi balonik. Był żółty i uśmiechnięty. Roześmiałam się. Czy ktoś inny mógł by coś takiego wymyślić? Nie. Tylko mój Maxi. 
- Dzisiaj nawet balony się do mnie uśmiechają. - powiedziałam. Tymczasem słońce już zachodziło. Trzymaliśmy się za ręce i patrzyliśmy na zachodzące słońce. Nad nami unosił się balon, który trzymałam w drugiej dłoni. Po chwili ruszyliśmy w stronę mojego domu. Między nami i w nas była cisza, która wypełniała całą przestrzeń niczym jakaś słodka melodia, wlewając w serca spokój oraz radość. Ta cisza trwała, aż do końca naszej trasy. Kiedy stanęliśmy przed moim blokiem poczułam, że cisza ulatnia się. Odchodzi delikatnie, stopniowo. Powoli mija magia dzisiejszych chwil, a jej miejsce zajmuje codzienność. Poczułam, że stoimy na granicy bajki i rzeczywistości niezdecydowani, w którą stronę uczynić krok. I kiedy poczułam, że cisza już się kończy, że choć się nie ruszyliśmy postawiliśmy ten krok w stronę prawdziwego życia, wtedy właśnie odezwał się Maxi. 
- Wiesz czemu dałem ci ten balonik? - zapytał cicho. Pokręciłam głową.- Dałem ci go, po to, aby w nim przetrwał twój uśmiech i cała magia tego. Po to, aby zaklęta w nim radość, jak dobre zaklęcie pomagała ci przetrwać burzę, których na pewno nie zabraknie. Po to, aby przypominał ci jak dobrze i łatwo jest być szczęśliwym. 


♥  ♥  ♥  ♥  ♥

No więc... Rozdział trochę krótszy niż zwykle. W wordzie zajął mi tylko cztery strony, a zazwyczaj jest sześć. Nie było czasu, tym bardziej, że chciałam jak najszybciej dodać, bo to już 13, a miałam wrócić 3... Następny rozdział 20? Może wcześniej, nie wiem. Zależy jak to będzie ze szkołą, z weną i z czasem. Po co ja to w ogóle pisze, skoro każdy przeczyta rozdział i tyle... No, ale może małe wyzwanie dla Was? Następny rozdział po 5 waszych komentarzach. 



Cami ;*

sobota, 20 września 2014

OP "Album Leónetty"

*Album Leonetty *


”Miłość jak i szczęście nie jest to coś, co przychodzi z zewnątrz,
One są w nas, one tkwią w nas i tylko od nas zależy,
Czy w sprzyjających momentach wyzwalają się”


*Violetta*

- Babciu ,babciu!-  Pięciolatka wbiegła do pokoju w podskokach. W ręce trzymała jakąś starą książkę, w brązowej okładce. Położyła ja na stole i wtedy zobaczyłam wypisany złotymi literami napis „ ALBUM LEONETTY”. Uśmiechnęłam się pod nosem.
-Babciu, kto to Leonetta? To troszkę dziwne imię.- małej usta się nie zamykały.
- Skąd to masz, złociutka?
- Zalazłam na strychu. Ale co to jest?- zapytała i spojrzała na mnie z niewinną, dziecięcą ciekawością. Miała takie urocze ,czekoladowe oczka. Kiedy tak patrzyła nie mogłam jej odmówić.
-No, dobrze-westchnęłam- może zawołaj dziadka i wtedy ci opowiem dobrze?
- Babcia prosi ,żeby zawołać dziadka do opowieści! Będzie ciekawie!- krzyknęła i wybiegła. Po chwil wróciła z Leonem.
-Dowiedziałem się ,że moja Viola mnie potrzebuje do opowieści. Z twoją pamięcią jest aż tak źle?- On i te jego żarciki. Czasem nie można z nim wytrzymać. Ale za to go kocham.
-ha ha-powiedziałam- ty jak zawsze śmieszny. Mała w tym czasie usadowiła się u dziadka na kolanach. Mój Leoś zaczął opowieść.
-Dawno, dawno temu kiedy ja i babcia byliśmy jeszcze młodzi a dinozaury biegały po ziemi…
- Naprawdę?- zdziwiła się Sofia.
- Tak!- odpowiedział jej Leon.
- Ej! nie kłam dziecku.- powiedziałam i wyjaśniłam- gady byliśmy młodzi dinozaurów od dawna nie było. No chyba ,że twój dziadek czuje się taki stary.-  Zakończyłam złośliwie i spojrzałam na Leona.
-O widzę ,że to jakieś potajemne zgromadzenie rodzinne. To my taż się dołączamy.- do pokoju weszła  moja córka Lena, razem ze swoim mężem Danem. Usiedli na krzesłach obok nas i słuchali. Wzięłam głęboki oddech i już otworzyłam usta kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
-Ktoś najwyraźniej nie chcę abyśmy zaczęli tą historię.- Uśmiechnęłam się i wstałam ,żeby otworzyć drzwi. Był tam nikt inny jak moi przyjaciele. Marco, Francesca, Natalia i Maximiliano. Gestem zaprosiłam ich do środka. Sofia znała ich i lubiła ,więc gdy tylko ich zobaczyła rzuciła się im na szyję. Po przywitaniu odezwał się Marco.
- A co wy tu tak wszyscy? Cos się szykuje!
- Zobacz co znalazłam!- Krzyknęła Sofi i podbiegła ,aby im pokazać album- Babcia i dziadzio będą opowiadać. Bo ja nie wiem co to jest ani kto to Leonetta.- przyjaciele zobaczyli album i zaczęli się śmiać. Po chwili do nich dołączyłam. Właściwie to nie wiem czemu. Chyba po prostu ze szczęścia. Moje życie było idealne. Miałam wspaniałego męża. Cudowne dzieci. Kochaną wnusię i najlepszych przyjaciół na świecie. Gdy się opanowaliśmy zaczęłam wreszcie wyjaśniać wnusi co to jest bo była już widocznie zniecierpliwiona.
- Kochanie, Leonetta to połączenie imion Violetta i Leon. Czyli mojego i dziadka. Ta nazwę wymyśliła ciocia Francesca kiedy byliśmy młodzi. Tak jakoś się do tego przyzwyczailiśmy ,że potem wszyscy na nas tak mówili. A ten album dostaliśmy od cioci Natalii i wujka Maximiliano i oni też nazwali nas Leonettą.- Mała chyba była zadowolona z wyjaśnienia. Zaczęliśmy powoli przeglądać zdjęcia. Każde było związane z jakąś historią którą sobie przypominaliśmy. Pierwsze zdjęcie przedstawiało mój pierwszy pocałunek z Leonem. Właściwie nie wiem kto je zrobił, myślałam ,że byliśmy wtedy sami. Kolejne zdjęcia przedstawiały nas i naszych przyjaciół na występach, w klubach, na spotkaniach i imprezach. Przy kolejnym zdjęciu łzy wzruszenia zaczęły spływać po mojej twarzy. To zdjęcie było wykonane na moich 21 urodzinach.
***

Byłam ubrana w miętową sukienkę z dłuższym tyłem, krótką różową kurteczkę z rękawem trzy czwarte i buty na koturnach. Tańczyłam z Leonem. Miał na sobie koszulę, sportową marynarkę i lekko poprzecierane jeansy.  Leon i ja wolno kołysaliśmy w rytm muzyki. Wtuliłam się w Leona, a on oparł swoją brodę na moim czole.
- Kocham cię, wiesz?- powiedziałam.
- Ja ciebie też.- Kiedy to powiedział chyba nagle sobie o czymś przypomniał, nie wiem co to było, ale był bardzo zestresowany. Zdziwiłam się. No bo niby co go mogło zestresować? Jednak po chwili się uspokoił. I znów wolno kołysałam się w jego ramionach. Kiedy piosenka się skończyła Leon gdzieś zniknął. Nie wiedziałam gdzie jest i zaczęłam się już niepokoić, kiedy usłyszałam hałasy dobiegające z końca ogrodu. Poszłam w tę stronę i zobaczyłam Maxiego ,który gdy tylko mnie zobaczył uciekł. Pobiegłam za nim ,ale zatrzymała mnie Fran. Mówiła ,że chce ze mną porozmawiać i odciągnęła mnie od źródła tych hałasów.
- Ok., to o czym chciałaś porozmawiać?
-Co? Ja? Porozmawiać? A tak.. Chciałam yyy…. Chciałam cię zapytać co dasz Cami na urodziny?
-Fran, dobrze się czujesz? Urodziny Cami były 3 miesiące temu.
-Yyy… A tak! Bo… Bo ja… Yyyy- Fran plątała się i nie mogła sklecić zdania- Violu znasz włoski?- zapytała nagle
- Nie- odpowiedziałam-ale po co..
-to dobrze- przerwała mi- w takim razie coś ci powiem- Leon vuole dichiarare !*
-Ze co?- zapytałam. Nagle popłynęły dźwięki „Podemos” Usłyszałam głos Leona. Fran odetchnęła i się uśmiechnęła. Kazała mi iść do mojego chłopaka, ale usłyszałam jeszcze jak Fran mówi po nosem
-Plan się powiódł. Teraz wszystko zależy od Leona. Życzę ci szczęścia.
Szłam za dźwiękami piosenki i zobaczyłam Leona, który stał pod drzewem różanym w odległym kącie ogrodu. Zobaczyłam też Maxiego który uciekał z prędkością światła. Widziałam, że ta chwila jest dla Leona bardzo ważna. Widziałam w jego postawie, w jego oczach, w każdej najdrobniejszej cząstce ciał, że jest bardzo zdenerwowany. Podeszłam do niego i zaczęłam śpiewać razem z nim. Było magicznie! Niby śpiewaliśmy ją już tyle razy, ale teraz było jakoś inaczej, wyjątkowo. Miałam przeczucie, że wydarzy się coś niezwykłego. Czułam się jak w raju. Gdy piosenka się skończyła, szepnęłam do Leona
-Dziękuje. To najpiękniejszy prezent jaki mogłeś mi dać. Lepiej już być nie może.
-Tak myślisz?- niepewnie kiwnęłam głową. Nie miałam pojęcia co mu chodzi po głowie- w Takim razie przyjmuję wyzwanie- powiedział szeptem, z dziwnym błyskiem w oku. We wzroku Leona było coś nietypowego, dziwna mieszanina emocji które wydawałoby się nie mogą występować razem. Radość, podniecenie, niepewność, zdenerwowanie, obawa, nadzieja. To wszystko wyczytałam z jego oczu w niecałą sekundę. Kątem oka zobaczyłam naszych przyjaciół, którzy robią wszystko, żeby zapewnić nam chwil prywatności. Leon uklękną przede mną na jedno kolano. W tej chwili cały świat się rozpłyną. Zostałam tylko ja i Leon, ja, on i nasz miłość rodząca się każdego dnia od nowa.
-Chcę patrzeć na ciebie, chcę śnić o tobie, przeżyć z tobą każdą chwilę, chcę cię przytulić, chcę cię pocałować, chcę cię mieć blisko siebie. Jesteś tym czego potrzebuję. To co czuje to miłość. Jesteś moim skarbem, moim światełkiem w tunelu. To dla ciebie codziennie rano wstaje. Jesteś dla mnie jak tęcza, a każdy twój uśmiech jest dla mnie jak wygrana na loterii. Chcę cię codziennie uszczęśliwiać. Jestem pewny swoich uczuć i mam nadzieję, że ty też. Dlatego dzisiaj chcę zadać ci to najważniejsze pytanie: Violetto Castillo czy sprawisz, że moje życie będzie jeszcze piękniejsze, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną?**- zapytał i pokazał mi piękny pierścionek ze szmaragdem. W tedy z drzewa poleciały płatki róż, a świat zabłysną wszystkimi najpiękniejszymi kolorami. Łzy wzruszenia popłynęły po mojej twarzy. Stałam tam i płakałam, nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że Leon nadal przede mną klęczy, że on, moi przyjaciele, rodzina, wszyscy czekają na moje słowo. To jedno krótkie słowo, które zmieni całe moje życie.
- Tak- powiedziałam prawie bezgłośnie, i zdałam sobie sprawę, że na pewno nikt mnie nie usłyszał- Tak!!!- krzyknęłam i rzuciłam się Leonowi na szyję.
-Leonie Verdasie! Musisz pocałować swoją narzeczoną!- powiedział ktoś, zapewne Fran. Mówiła coś jeszcze, ale żadne z nas jej już nie słuchało. Leon złączył nasze usta w pocałunku, ale ten pocałunek też był jakiś nietypowy, inny niż zwykle. Świat kolejny raz zawirował. Nie wiem czy to moja wyobraźnia czy nasi wspaniali przyjaciele to zorganizowali. Ale nagle pojawiły się balony, serpentyny, konfetti, płatki róż, jakaś cudowna muzyka i Bóg jeden raczy wiedzieć co tam jeszcze. Kiedy oderwaliśmy od siebie nasze usta (a nie nastąpiło to szybko), wtuliłam się w Leona i szepnęłam
- To wszystko jest zbyt piękne żeby było prawdziwe. To na pewno sen.
- Jeśli to jest tylko sen, to ja nie chcę się z niego obudzić.

***

 Stałam przed ołtarzem  w białej sukni, z welonem na głowie i denerwowałam się tak jak jeszcze nigdy w życiu. Spojrzałam na Leona. Miał na sobie czarny, dopasowany garnitur i wyglądał olśniewająco. Był tak samo zdenerwowany. Odezwał się szeptem
- Pani Verdas wygląda pani przepięknie.
-Panno, nie jestem mężatką. Nie mam nawet chłopaka.
-Mam się obrazić?
-Przykro mi proszę pana, ale mam narzeczonego i dzisiaj biorę z nim ślub, więc troszeczkę się pan spóźnił. Jestem na maxa zakochana w niejakim Leonie Verdasie.
- Znam go. Jest przystojny, utalentowany…- mówił by dalej ale ceremonia już się zaczęła.
Słuchaliśmy kapłana w skupieniu. Wreszcie nadszedł ten moment już mieliśmy zaczęć wypowiadać przysięgę małżeńską kiedy wydarzyło się coś niespodziewanego.
-Stać!- krzyknął ktoś na końcu kościoła. Rozpoznałam ten głos, ale nie chciałam się upewniać.- Oni ni mogą się pobrać-kontynuował głos- To wcale nie jest miłość! On jest z nią tylko po to żeby zemścić się na swoim wrogu, Tomasie, a ona też wcale go nie kocha! Jest z nim tylko z litości, bo myśli, że Leon naprawdę ją kocha! Najlepszym dowodem jest to jak długo Violetta nie odpowiadała na jego oświadczyny! Stała i nic nie mówiła, a on klęczał przed nią jak głupek! Oni nie maja pojęcia o miłości!- wtedy nie wytrzymałam i się odwróciłam, moje obawy były słuszne, głos należał do Camili. Spojrzałam na nią. Była pewna tego co mówi, zastanawiałam się jak długo skrywała w sobie urazę? Jeśli chce mi zniszczyć życie to dlaczego udawała przyjaciółkę przez tyle lat? Przecież byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami przez 5 lat! Jak to możliwe, że tak się zmieniła? Zachowuje się jak nie Camila.
-Przestań!!- krzyknęłam- Dobrze wiesz, że to same kłamstwa! Myślisz, że bylibyśmy ze sobą tak długo z litości, czy z zemsty?! Dlaczego niszczysz mi życie?! Dlaczego udawałaś moją przyjaciółkę?! Po co ci to było?! Jesteś gorsza od tej dawnej Ludmiły!- krzyczałam. Byłam wściekła, byłam smutna. To miał być najpiękniejszy dzień w moim życiu, a tym czasem straciłam przyjaciółkę. Teraz już płakałam. Nie mogłam już powstrzymać łez. Podeszłam do Camili i powiedziałam tak cicho, że tylko ona mogła mnie usłyszeć- Dlaczego mi to robisz? Ja zawsze cię wspierałam. Nasz przyjaźń legła w gruzach. Dla mnie już nie istniejesz.- powiedziałam po czym wróciłam przed ołtarz. Cała we łzach spojrzałam błagalnie na Leona, a on kiwnął głową. Poprosiliśmy księdza o przerwanie ceremonii. Musieliśmy porozmawiać.
- Leon to naprawdę nie tak jak myślisz…- zaczęłam, ale Leon mi przerwał
- Violu wierze ci, ale jedna rzecz nie daje mi spokoju. Dlaczego tak długo milczałaś, kiedy ci się oświadczyłem? Ja chcę twojego szczęścia, więc jeśli nie chcesz tego ślubu to po prostu powiedz…
-Nie, nie, nie! Kocham cię najbardziej na świecie i chcę spędzić z tobą resztę życia. Milczałam tak długo bo nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe że spotkało mnie w życiu tyle szczęścia. Myślała, że wszystko pryśnie jak bańka mydlana, a ja obudzę się znów samotna i zagubiona. A czy to co Ca.. ona
- nie zdobyłam się na wypowiedzenie jej imienia- mówiła jest prawdą? To, że chcesz się zemścić na Tomasie?
- Powiem ci teraz całą prawdę, tylko obiecaj, że wsłuchasz mnie do końca. Nie jest mi łatwo mówić o tym, ale zasługujesz na całą prawdę. Otóż na samym początku faktycznie podrywałem cię, żeby się zemścić na Tomasie.- Spojrzałam na niego ze łzami w oczach, i już miałam cos powiedzieć, ale Leon przyłożył mi palec do ust-Daj mi skończyć. Byłem wtedy z Ludmiłą, a on ją podrywał. Jednak kiedy cię lepiej poznałem, naprawdę się w tobie zakochałem. Myślisz, że zadałbym sobie, aż tyle trudu, tylko po to, żeby się zemścić na jednej osobie? Po za tym, Tomas wyjechał do Hiszpanii. Gdybym chciał się na nim zemścić zostawiłbym cię zaraz po jego wyjeździe. A ja nadal jestem z tobą, bo cię kocham.
- Wierzę ci, Leoś. Tylko mam jedną prośbę. Zawołaj tu Fran.
-Fran?- Leon widocznie nie rozumiał o co chodzi. Kocham go najmocniej na świecie, ale czasami jest trochę... niezbyt rozgarnięty. 
- Tak Fran. Popatrz jak ja wyglądam!
- Jak zawsze olśniewająco.
- Cała się rozmazałam! A przecież mamy ślub!- León cały się rozpromienił, jakby myślał, że jakaś tam „przyjaciółeczka”, sprawi, że za niego nie wyjdę. Ona na pewno nie popsuje najpiękniejszego dnia w moim życiu. Wybiegł cały w skowronka, a za niecałą minutę pojawiła się Fran. Ona jest geniuszem, Einstein to przy niej pikuś. Zrobiła mi perfekcyjny makijaż, poprawiła fryzurę i welon. Dodatkowo tryskała taką pozytywna energią, że szybko się od niej zaraziłam.
-  No leć już, Violu! Dzisiaj twój najważniejszy dzień. A pamiętasz co masz odpowiedzieć kapłanowi?- zapytała, pół żartem, pół serio.
-Yyyy… Nie?
-Masz powiedzieć TAK!!- krzyknęła Fran potrząsając moimi ramionami. Szybko pobiegłam do kościoła, a tam przy ołtarzu już czekał mój Leoś. Goście śpiewali jakąś pieśń i kapłan kazał nam wypowiedzieć słowa przysięgi. Pierwszy przysięgał Leon, a po nim ja.
-Ja León Verdas biorę sobie Ciebie Violetto Castillo  za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. 
- Ja Violetta Castillo  biorę sobie Ciebie Leonie Verdas za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. 
Oczy błyszczały mi od łez wzruszenia i szczęścia. Spojrzałam na Leóna. Jemu tez szkliły się oczy. Nigdy nawet w najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie, że będę z nim 4 lata, potem on mi się oświadczy, a po roku weźmiemy ślub. Od teraz jestem Violetta Verdas, żona Leóna Vedasa. Jak to ślicznie brzmi.
- Żono przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności.- powiedział Leon wkładając na mój serdeczny palec piękna obrączkę ze zwykłego i białego złota. Powtórzyłam jego słowa, zmieniają tylko słowo "żono", na "mężu" 
- Ogłaszam was mężem i żoną. Możesz pocałować pannę młodą.

***
-León, muszę ci coś powiedzieć- byłam bardzo zdenerwowana. Nie wiedziałam jak zareaguje. Będzie szczęśliwy, zły?
-O co chodzi, Violuś?- zapytał z nutką obawy i podejrzliwości w głosie. Ale co mu się dziwić.” León, muszę ci coś powiedzieć” nie popisałam się elokwencją. To zabrzmiało jakbym miała mu zaraz powiedzieć, że chcę rozwodu. Wzdrygnęłam się na samą myśl, nigdy do tego nie dopuszczę. Dobra Violka, głęboki wdech i mówisz.
-Może lepiej usiądź. No bo… Chodzi o to… Leoś ja jestem w ciąży!- Wyrzuciłam z siebie. León milczał. Trwało to pewnie kilka sekund, ale dla mnie to była cała wieczność. W końcu odezwał się bardzo cicho, tak jakby musiał sam siebie do tego przekonać.
-Będziemy mieli dziecko… Będziemy rodzicami… Będę ojcem… Będę ojcem!- wykrzyknął radośnie, a ja odetchnęłam z ulgą. León podniósł mnie i okręcił dookoła.

***

Leżałam w szpitalnej sali tuląc do siebie Sofię, moje maleńkie szczęście. Mój mąż siedział obok mnie. Uśmiechaliśmy się do siebie. W tym momencie do sali wszedł doktor i powiedział kilka krótkich zdań, które zmieniły nasze życie.
-Mam dla państwa smutną wiadomość. U dziecka wykryto nowotwór.  Dziecko jest słabe i najdalej za rok umrze.- moje serce stanęło, odmówiło współpracy. Wyraz twarzy Leona był nieodgadniony. Jak to możliwe, że ten mały aniołek, który teraz śpi smacznie w moich ramionach niedługo umrze? Dlaczego nas to spotkało? Te pytania zadawałam sobie w nieskończoność.
 -Leon…- wyszeptałam ze łzami w oczach. On tylko objął mnie ramieniem. Starał się być silny, dla mnie, ale widziałam, że rozpacz zżera go od środka. To było za wiele. Dla mnie. Dla niego też.
***

Od kilku miesięcy widziałam, jak moje dziecko staje się coraz słabsze. Nie rośnie, nie przybiera na wadze.  Tydzień temu Sofia trafiła do szpitala, byłam przy niej dzień i noc. Była wykończona ciągłym sprawianiem, czy mój aniołek oddycha, czy jego serduszko nadal bije. Pory dnia i nocy rozróżniałam tylko dzięki temu, że każdego popołudnia przychodził Leon. Dzisiaj małej się pogorszyło, gdy Leon przyszedł obserwowałam jak lekarze wykonują przeróżne zabiegi, próbując uratować nasze dziecko.. Mój mąż obejmował mnie ramieniem, kiedy zobaczyłam tą straszna scenę. Lekarze rezygnujący z prób ratowania Sofii i kardiogram wyświetlający prosta linię. Bóg zabrał ja do siebie. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam płaczącego Leona. To go przerosło. Boże, my mamy tylko 23 lata! Co takiego złego zrobiliśmy, że odbierasz nam nasze szczęście?! Dlaczego to właśnie my mamy tak cierpieć?!

***

Znowu byłam w szpitalu, znowu urodziłam dziecko. Jednak tym razem nie cieszyłam się tak jak wcześniej. Bałam się, że historia się powtórzy, że za chwilę wejdzie lekarz i powie, że dziecko umrze. Drugi raz nie dałabym rady. W tedy udało mi się dzięki Leonowi, Fran, tacie. Teraz Fran wyjechała, tak jak tata. Zostałam tylko ja i on. Moja ostoja, moje światełko w tunelu, cały mój świat. Gdy zobaczyłam lekarza wchodzącego do Sali, prawie zemdlałam. Jednak całą siła woli powstrzymałam się i tylko ścisnęłam Leona za rękę.
-Macie państwo zdrową i silna córeczkę. Mogę wam zagwarantować, że historia się nie powtórzy i ta dziewczynka będzie zdrowo rosła.- miałam ochotę krzyczeć, tańczyć i skakać z radości. Spojrzałam na Leona wyglądał jakby upił się własnym szczęściem. Wreszcie będziemy rodzina, prawdziwą, szczęśliwą rodziną!

***

W tym miejscu kończył się album. Zamknęłam go i położyłam na stole. Nikt nic nie mówił. Nawet moja wnusia milczała, co było niezwykle rzadkim zjawiskiem. Wszyscy wspominali czasy, które już minęły. Przyjaźnie, które już nie wrócą. Wtedy przypomniałam sobie Cami. Poczułam ukłucie w sercu i łzy napływające mi do oczu. To już 28 lat odkąd wdziałyśmy się po raz ostatni. Ale co by się stało gdyby teraz weszła do mojego domu? Czy poznałabym ją? Wybaczyła? Nie wiem. Po prostu nie wiem jakbym się zachowała. Moje rozmyślania przerwał glos Fran.
- Violu, muszę ci coś powiedzieć. Ale…- zająknęła się. -Może lepiej na osobności-powiedziała i spojrzała na zgromadzonych. No tak. Oprócz mnie i Fran był tam jeszcze Leoś, Marco, Maxi, Naty, Lena, Dan i Sofia. Mało odpowiednia atmosfera do zwierzeń.
-To może chodź do kuchni?- zapytałam. Fran pokiwała głową i wyszłyśmy.
- Violu, chodzi o Camilę. Jest coś czego ci nie powiedziałam. Bo ona była zakochana w Leonie, między innymi dlatego tak bardzo nienawidziła Ludmiły. Zazdrościła jej tego, że się z nim spotyka. Już miała się odważyć, żeby wyznać mu swoje uczucia, ale wtedy Leon zakochał się w tobie. Nie chciała niszczyć twojego związku, bo ona naprawdę była twoją przyjaciółką. Myślałam, że już sobie odpuściła. Na waszych oświadczynach szczerze się cieszyła. Przypuszczam, że wtedy, na waszym ślubie, coś w niej pękło. Ale taka jest siła miłości, sama wiesz. Proszę wybacz jej. Pewnie i tak nigdy się już nie zobaczycie, ale wybacz jej.- zaniemówiłam. Nie miałam pojęcia, że Leon podobała się Camili. Może gdybym to zauważyła, porozmawiała z Kamilą nadal byśmy się przyjaźniły.
- A czy ty… Masz z nią jakiś kontakt?- zapytałam. Francesca kiwnęła głową. Powinnam zadzwonić i ją przeprosić. Nie mam jeszcze siły na spotkanie, bo nie wiem jakbym się zachowała, ale zadzwonię.
-Francesca, mogłabyś podać mi jej numer? Chyba powinnam ją przeprosić.


*Domyślicie się co powiedziała Fran jak przeczytacie całego Shorta ;)
** Część oświadczyn pochodzi z piosenki „Nuestro Camino” 
------------
Witajcie, po bardzo dłuuugiej przerwie. Bardzo Was za nią przepraszam, ale początek roku, trzeba to wszystko ogarnąć. Mam nadzieję, ze teraz będzie lepiej. wiem, że powinnam dodać rozdział, ale jakoś nie miałam do tego głowy. Daję więc tego OP i zostawiam go Wam do oceny.